11 lutego 2014

Pod zmęczonym aniołem – recenzja filmu „Pod mocnym aniołem”


           Wojciech Smarzowski po raz pierwszy kręcił film na podstawie książki (i to pozycji, która otrzymała nagrodę Nike). Taka sytuacja doprowadziła do oczekiwanego zderzenia literatury z językiem filmowym reżysera. W tym starciu nie doszło do kompromisu – literatura wykazała swą wyższość a świat Smarzowskiego wyszedł z tej kolizji poturbowany, jak główny bohater.
Źródło: polskieradio.pl


        Bohaterem filmu jest Jerzy (Robert Więckiewicz) – literat, który, jak twierdzi, potrafi pić a pomimo tego trafia na oddział deliryków. Jego Aniołem (jednak nie tym Mocnym) ma być dziewczyna (Julia Kijowska), którą poznał koło bankomatu, wykazując się jednoznacznym stanem wskazującym. Widz w zasadzie nie wie, co spowodowało, że studentka wiąże się ze znacznie starszym literatem – alkoholikiem, do czego zresztą Jerzy bez ogródek przyznaje się przed jej rodzicami. Czy chodziło o aurę pisarza występującego w telewizji czy może o litość i chęć wyciągnięcia człowieka z nałogu. W książce, w każdym razie, jest ona tą wartością, dla której główny bohater chce żyć i rzucić picie, jest jego miłością. Tej jednak niespecjalnie widać na ekranie – ot, kilka krótkich dialogów między kochankami a poza tym sceny picia, zalewania pały, chlania, krążenia po mieście, zwijania z ulicy przez policję (plus pobicie wewnątrz policyjnej suki), kopanie Lajkonika, rzucanie kamieniem z wystawę i zwidy pijackie. Rozumiem intencje twórców, że chcieli pokazać stan zapętlenia głównego bohatera, który raz za razem powraca na oddział leczenia uzależnień, jednakże takich scen jest zbyt dużo i można odnieść wrażenie, że scenarzyście zabrakło pomysłów na dialogi. Te zresztą często są wprost wyciągnięte z książki, co czasem się sprawdza, czasem brzmi sztucznie a ogólnie można odnieść wrażenie, że jakiś chochlik siedzi nad ekranem i grożąc palcem powtarza – nie pij, bo picie jest złe i będziesz wyglądał jak on. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby film polecał Minister Zdrowia albo Stowarzyszenie Abstynentów.
      Znaczną część filmu zajmują koledzy i koleżanki Jerzego „po kieliszku”. Od ról epizodycznych do pełnoprawnie drugoplanowych. W każdej z nich znani albo uznani polscy aktorzy i aktorki, którzy przekonującą wypełniają swoje powinności. Tylko na początku filmu mamy zabawne wstawki (picia, wypadania z okna, realistyczne one-linery), które bardzo dobrze oddają to, w jakiej kulturze picia żyjemy. Później jest już tylko mroczniej i smutniej a jeszcze później, niestety, coraz bardziej nudnawo. Autor filmu niepotrzebnie dokręca śrubę i epatuje tym, co każdy dorosły Polak wie, albo wiedzieć powinien. Chciał pokazać cug alkoholowy ale można było to zrobić w sposób bardziej symboliczny. Smarzowski chętnie także odwołuje się do swoich wcześniejszych dzieł (wyraźnie do „Domu złego” a także do „Małżowiny” i „Drogówki”). Tym samym wciągnął prozę Pilcha do swojego świata i pomimo tego, że w filmie czuć klimat książki, to można odnieść wrażenie, że reżyser trochę pobłądził. Chciał aby tandem Smarzowski – Pilch jechał szybko, równo i do celu a tymczasem niebezpiecznie zatacza się i pochyla nad rowem. Nie wpada jednak do niego ale seans sprawia wrażenie niedosytu, tak jakby powtarzalne środki reżysera przestawały oddziaływać. Ktoś, kto widział wszystkie jego filmu jest już uodporniony na ten brud, język, postacie i epatowanie Polską. W filmie za dużo jest także chaosu i widz w pewnym momencie traci orientację – co jest, co się stało, w którym momencie jesteśmy. Nie tłumaczy tego zupełnie stan Jerzego, który traci kontakt z czasem i rzeczywistością.
            Trudno też utożsamiać się z bohaterem – nie wiemy kim tak naprawdę jest, z czego żyje, o czym pisze, jaka jest jego przeszłość. Równie dobrze może wejść znów do baru „Pod mocnym aniołem” zalać się w trupa i bić z barmanem a równie dobrze może grzecznie iść do domu. Nie znam go a przez co, jest mi to dość obojętne. Zabrakło też rozbudowy wątku miłosnego. Niemniej, aktorzy wykonali swoją pracę bardzo dobrze, muzyka spełnia swoją rolę ale też bywa męcząca. Anioł alkoholizmu pozostaje zatem mocny i bezwzględny ale film już taki nie jest.  Obraz jest na niezłym poziomie uznanego reżysera, ale trzeba stwierdzić, że dochodzi (albo już doszedł) do ściany i musi zacząć coś zmieniać w swoich projektach. Czekam zatem za zaskoczenie.
Ocena: 6,5/10

7 lutego 2014

Pod mocnym aniołem, pod oszukanym widzem - recenzja "Pod Mocnym Aniołem".

                  Nowy rok zapowiadał się całkiem nieźle dla osób, które z powodu jakiegoś zgrzytu w doskonałej maszynerii wszechświata rozmiłowały się w literaturze i/lub filmie z kategorii pijacko-narkotycznej. Czyli dla mnie. Noworocznych postanowień nie robię, ale powiedziałem sobie, że na nowy film Wojtka Smarzowskiego się wybiorę, choćby mnie miał szlag trafić. Apetyt rozpalił zwiastun - cudownie zmontowany, pomysłowy, żartobliwy, zachęcający, z muzyką budząca natychmiastowe wizje tańczącego Anthony'ego Quinn'a. I ta obsada! Aktorzy z m. in. "Wesela" i "Domu złego" - będzie się działo! Ale się nie działo, bo po trzydziestu minutach chciałem krzyczeć niczym sławny elektryk wysokich napięć: "Oszukali mnie banda złodziei polskich, decydentów kurwa!" Nie wiem gdzie mam się poskarżyć, ani komu. Zwiastun jest filmu o tytule "Pod mocnym aniołem", aktorzy ci sami, sceny te same, tylko dlaczego mam wrażenie, że film zwiastowany i film oglądany to dwie różne produkcje? Nie wybierałem się na zabawny film w stylu Koterskiego i po styczności z chociażby "Domem złym" wiedziałem, czego mogę się spodziewać, ale zwiastun jednoznacznie sugerował ton zdecydowanie odmienny od tego, co otrzymałem. W trybie błyskawicznym zrewidowałem więc swoje oczekiwania i nastawienie do filmu, po czym kontynuowałem seans.
           Film powstał w oparciu o książkę Jerzego Pilcha o tym samym tytule. Głównego bohatera - Jerzego, zagrał Rober Więckiewicz, a towarzyszyli mu na planie m.in. Julia Kijowska, Jacek Braciak, Andrzej Grabowski, Kinga Preis, Marcin Dorociński  i Arkadiusz Jakubik. Z taką ekipą nie mogło się nie udać, tylko że się nie udało. Co najśmieszniejsze, wszystkie postacie były zagrane perfekcyjnie, każda z osobna była wiarygodna, a ich historia przejmująca (za wyjątkiem Jerzego, ale o tym za chwilę). Jednak po zebraniu tego w całość i doprawieniu celowo chaotycznym montażem i męczącym podkładem muzycznym film zaczął przypominać propagandową produkcję o szkodliwości alkoholu przeznaczoną dla starszych uczniów szkoły średniej z zacięciem do ambitnego, artystycznego kina. To było również celem Smarzowskiego i tutaj nie zgaduję. Reżyser w wywiadzie dla gazety.pl przyznał, że zaburzona chronologia to był jego właśnie pomysł na ekranizację. Jego zdaniem, młodzi ludzie, częściej niż starsi lubią zakłócać ciągłość czasu (niekoniecznie alkoholem) i zastanawia się, czy może warto im pokazać, ze ta nieciągłość nie zawsze jest fajna. To było dla niego najważniejsze: jak zakłócić ciągłość czasu. Przy czym zarzeka się, że nie naucza. Nie cytuję, słowa przytaczam niemniej w miarę dokładnie. Nie wiem, jakie Wojtek Smarzowski ma kryteria młodości i starości, ale ja ze swoją trzydziestką poczułem się strasznie staro.

               Film zmaga się z poważnym problemem, jednocześnie chce uniknąć banalności przez ośmieszenie zjawiska. Ja to wszystko rozumiem, naprawdę. Tylko dlaczego mnie się to kładzie do głowy łopatą przez cały film? Książki nie miałem przyjemności czytać, ale na podstawie innych książek Pilcha nie sądzę, żeby pisał tylko o tym i w taki apokaliptyczny sposób - jak mówi Max Kolonko: "to się nie dodaje". Mam wrażenie, że skupienie się na grozie nałogu alkoholowego przyćmiło fabułę i postacie. Pilch jest ponoć znany z tego, że "pisze o niczym" (sam reżyser stwierdził, że Pilch jest nie filmowy), niemniej robi to w sposób tak ujmujący, ze puszcza mu się to płazem. A w filmie? Niby ten pilchowski duch jest, ale trochę go nie ma. Głównego bohatera nie znam z filmu, nic o nim nie wiadomo, kilka migawek, krótkich ujęć. Robert Więckiewicz pomimo całej swojej charyzmy i uroku nie sprawił, że z ciekawością przyglądałem się losom głównego bohatera. Zresztą miejsca na grę aktorską nie miał wiele, bo lwią część obrazu grał upojenie alkoholowe i wypowiadał bełkotliwe kwestie. Dla mnie to za mało, natomiast tam gdzie miał możliwość pokazać co potrafi to wykorzystał te okazje w pełni. Jest taka scena gdzie Jerzy uczestniczy w na wpół onirycznym dialogu z Kolumbem, który jest prowadzony z łóżek pacjentów i jednocześnie dzieje się gdzieś na zewnątrz. Pada śnieg, wszystko jest lekko rozmazane, Jerzy patrzy w dal, nieobecny wzrok, za nim stoi na drugim planie Kolumb i uporczywie wpatruje sie w niego. Szkoda, że takich wolniejszych, konkretnych pomimo swojej poetyckości momentów nie było więcej, bo w  konsekwencji historie postaci pobocznych są ciekawsze i bardziej wiarygodne niż głównego bohatera. Nie wiem czy o to chodziło, by poprzez rozszalałe tempo pokazać jak bardzo alkoholik jest "niezapośredniczony" w rzeczywistości czy po prostu coś nie wyszło. Oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że jestem za głupi i po prostu nie ogarniam zamysłów reżysera i artyzmu "Pod mocnym aniołem". Może być i tak.

Źródło: 104filmy.pl

         To prowadzi mnie do kolejnego pytania: dla kogo jest ten film? Dla wspomnianych wcześniej licealistów, miłośników pilchowych książek, aspirujących alkoholików czy przysłowiowego, przeciętnego zjadacza chleba? Nie wiem do dzisiaj, ale wiem, że bez wcześniejszej znajomości chociażby "Bezpowrotnie utraconej leworęczności" byłbym jak dziecko we mgle. W pewnym momencie w oczy rzuca się niebieski szalik, który nosi jeden z gości "Pod mocnym aniołem". Czy to może puszczenie oka do kogoś, kto oglądał "Żółty szalik" do którego scenariusz napisał Pilch i który traktuje o tym samym problemie? A sceny ze Starym Kubicą, którego gra Marian Dziędziel? Nie będę zdradzał zbyt wiele, bo to jeden z lepszych (wręcz porażających) momentów filmu, ale tu jest wyraźna reminiscencja "Domu złego" za sprawą tego samego aktora w podobnej sytuacji. Dodatkowo Stary Kubica pojawia się we wspomnianej już "Bezpowrotnie utraconej leworęczności". Film najeżony jest również mniejszymi, lub większymi odniesieniami do wcześniejszych filmów reżysera takich jak "Drogówka" czy "Małżowina", ot chociażby cameo Bartłomieja Topy jako funkcjonariusza drogówki. Fajne to, tylko, pytam sie, po co? Co to wnosi do filmu, który bardzo wyraźnie skupia się na jednym zagadnieniu?

           I skupia się, według mnie, za mocno. Za bardzo chce, i w ogóle jest "za bardzo". Montaż uważam, na przykład, za mocno przekombinowany. Połowa filmu to migawki, gorączkowy kalejdoskop obrazów pijackiej rzeczywistości powszechnie uznawanych za niesmaczne, czyli, najkrócej rzecz ujmując, picie, sranie i rzyganie przełamane metaforycznymi scenami brodzenia po kolana w kanałach zalanych trupio zieloną poświatą, gdzie na wodzie, obok różnego śmiecia, unosi sie maszyna do pisania po której chodzą karaluchy (do scenografii nie mam zresztą zarzutów za wyjątkiem tych okropnie oczywistych kanałów, które były symbolem upadku bohatera: szlam, ciemność, robactwo, bród, smród i tym podobne). Wszystko to zmiksowane zostało z wolniejszymi nieco scenami z izb wytrzeźwień i prawdopodobnie ośrodka leczenia uzależnień. Bardzo szybko stało się to męczące, zwłaszcza, że było okraszone kakofonicznym tłem muzycznym. Zewsząd zgroza. Zgroza i horror. Zgroza, horror i koszmar. A potem znowu tylko zgroza, by nagle pojawiły się horror i koszmar dla odmiany. Przykro mi to pisać, ale zacząłem się nudzić. Cały seans miałem wrażenie braku zachowania pewnych proporcji i zacząłem się zastanawiać, czy użyte przez reżysera środki nie ocierają się niebezpiecznie o pewną tandetę. Czułem się jak na horrorze, gdzie jedyną opcją straszenia widza jest wypadający z szafy trup albo wyskakujący zza rogu krwiożerczy potwór. Nie jest to imponujący repertuar, prawda? Zabrakło mi tej intelektualnej, duchowej strony uzależnienia, przekonywującego dramatu wewnętrznego, bo zewnętrznego miałem nadmiar na ekranie.

Źródło: absurdalizm.pl

            Film męczył mnie, nie dlatego, że temat przedstawiał w sposób, który skłaniał mnie do, dajmy na to, przykrych przemyśleń, tylko dlatego, że tak bardzo tego chciał mnie do nich zmusić. Atakował dźwiękiem, montażem, obrazem czy ujęciami kamery. To był ten jedyny raz, kiedy poczułem się jak bohater filmu grany przez Jacka Braciaka, kiedy po ataku drgawek, doktor (Andrzej Grabowski) robi mu niemy, bo zagłuszony kakokofonicznymi dźwiękami, wykład o złu jakim jest alkohol. Podnosi do góry palec i wygraża jak gdyby miał być katalizatorem boskiego gniewu. Piorun jednak nie uderzył, pomimo, że kazanie prawione było księdzu, któremu zdarzyło się zwymiotować przed ołtarzem. Tu dwie kwestie. Sposób mówienia osoby duchownej Braciak zagrał po mistrzowsku, bo fakt, że jest księdzem w filmie wyszedł na jaw bardzo późno, ale od pierwszych kwestii mówionych wiedziałem co się, że tak powiem, święci. Prawdę mówiąc byłem zachwycony tym co zobaczyłem, a raczej usłyszałem. Ogólnie, w filmie gra aktorska - wyborna. Kwestia druga: przesada, czyli to "za bardzo" o którym już pisałem, że jest złym duchem tego filmu. Ksiądz wymiotujący przed ołtarzem w czasie mszy? Litości. Nie wiem, jak jest w książce, ale w filmie nadmierna kondensacja takich obrazów upodlenia prowadzi błyskawicznie do przesytu, a potem do obojętności. Kierowcę ciężarówki, który jeździ za wschodnią granicę (granego przez świetnego Arkadiusza "Bo-mnie-wkurwia" Jakubika) wymiotującego na swojego szefa jestem w stanie, uwaga znów żart, przełknąć, ale ksiądz to już było za wiele. Niestety nie jest to jedyna zmarnowana postać w filmie.

            Wątek "największej miłości życia" Jerzego był mocno eksponowany w zwiastunie, a w filmie przewinął się prawie niezauważony, gdzieś pomiędzy jednym koszmarem a inną zgrozą, między sikaniem do szafy a wyciąganiem półżywego bohatera z wanny przez sanitariuszy w zalanym mieszkaniu. Sam już nie wiem, kto by to powiedział, czy Janusz Głowacki czy może Marek Hłasko, ale tu był temat, dramatyzm, sytuacja. I co? I odpowiem sobie cytatem z filmu: "No i chuj, no i cześć". Sytuacja, w której się poznali ledwie zarysowana i mało wiarygodna. Od spotkania pod bankomatem, gdzie Jerzy był kompletnie pijany, przez jakąś zaczepkę w biały dzień, do obiadu u rodziców dziewczyny, kiedy oświadczają, że zmierzają się pobrać (tak naprawdę to wszystkie lecą na zaniedbanych alkoholików, jasne). Wcześniej, a w sumie potem, bo film ma zaburzoną chronologię, mamy całkiem udaną scenę łóżkową i niezły dialog, co się, mam wrażenie, w filmie nie często zdarzało. Niewiele tego i jeszcze zaserwowane w kawałkach rozrzuconych po filmie. Domyślałem się, że taki był zamysł artystyczny (co później potwierdził sam reżyser), ale akuratnie takie rozwiązanie nie zawsze i nie wszystkim przypadnie do gustu. W tym wypadku do mnie nie trafiło. Pomyślałem: dzięki Wojtek (proszę mi wybaczyć tę poufałość), sam sobie wszystko dośpiewam, poukładam i uzupełnię dziury. Mam doświadczenie, musiałem sobie dopowiadać wszystko o Jerzym, bo nawet nie wiadomo skąd on ma pieniądze, żeby tyle ich przepijać, zawód pisarza-alkoholika taki intratny? Oczywiście to drobnostka, bo do filmu można podejść jak do przypowieści gdzie detale są nieistotne, a liczy się sytuacja, a nie jak do dokumentu o życiu alkoholika i sprawa załatwiona. Wracając do wątku miłosnego: po scenie obiadu z rodzicami wybranki już tylko typowa historia opowiedziana raczej powściągliwie: on kocha, przestaje pić, wydaje książkę, zaczyna pić, ona go zostawia bo on nie zostawi picia i mówi jej to w niezłym stylu, wręcz poetycko. I co zostaje? Piękne, wielkie, smutne, zapłakane oczy Julii Kijowskiej. Szkoda, za mało. Sama Kijowska nazywa te pozytywne momenty kiedy jej postać pojawia się w życiu Jerzego "okruchami" (poprzez swoją epizodyczność wzmacniają ciemną stronę filmu - może coś w tym jest).
Żródło: mgzn.pl


            Film jest o alkoholizmie, ale nie widzę powodu, dla którego został skonstruowany na wzór, życia alkoholika. Rzeczywistość przeplata się z majakami, zdarzenia zdają się następować nie po kolei, wszystko jest chaotyczne i straszne. Dotarcie do kogoś w ciężkim uzależnieniu to długa i wymagająca praca, dlatego dialogiem z takimi ludźmi zajmują sie specjaliści miesiącami, czasem latami. Zatem jak taki film, dzieło sztuki poniekąd, które opiera się na kontakcie z widzem, na dialogu z odbiorcą ma spełnić swoje zadanie, skoro niczym alkoholik odgradza się od widza murem? Furtek nie dostrzegłem żadnych. Jeśli był to celowy zabieg artystyczny, to moim zdaniem jego zasadność jest mocno wątpliwa, skoro film ma mieć charakter w jakimś sensie dydaktyczny. Nie wiem jak zbudowana jest książka Pilcha, ale wydaje mi się, że ma tę przewagę nad filmem, że można ją wertować, czytać ponownie fragmenty i mieć czas na odbiór (przykładem mogą być książki Williama S. Burroughsa napisane w technice "cut-up"). W przypadku dziewięćdziesięciopięcio minutowego filmu w kinie z tych luksusów jestem odarty i taka formuła sie nie sprawdza.
            Mam mieszane uczucia, właściwie film mi się nie podobał (chociaż wciąż chcę, żeby było inaczej), ale aktorsko bardzo. Byłem znudzony historią i sposobem przestawienia, ale cały czas pod wpływem hipnotyzującej gry aktorskiej. Nie wiem o co chodziło reżyserowi, czy chciał mnie zaprosić do dialogu i refleksji, czy pouczać, miałem współtworzyć film i świat przedstawiony (dopowiadać sobie), czy tylko obserwować. Nie wiem, po prostu nie wiem. Czuję niemniej, że ktoś mnie oszukał. Nie wiem natomiast czy zrobił to Pilch, Smarzowski czy ja sam.

            Taką moją prywatną miarą jakości filmów Wojtka Smarzowskiego jest to, czy chcę je obejrzeć drugi raz. "Wesela" i "Domu Złego" nie chcę, nigdy. Nie dlatego, ze były takie złe, jest wręcz przeciwnie. Nie chcę ich obejrzeć ponownie, bo po seansie czułem się jakby mnie ktoś przywiązał za nogi do tylnego zderzaka i przeciągnął po wiejskiej drodze dobre dziesięć kilometrów przy większej prędkości. Owszem, byłem zachwycony, ale za propozycję powtórnej przejażdżki dziękuję, muszę dbać o te resztki zdrowia psychicznego jakie mi zostały, tymczasem te filmy są niesprzyjające. A "Mocny anioł"? Na drugi dzień chciałem wrócić do kina, może przeoczyłem coś, nie ogarnąłem, nie zauważyłem, pomyliłem się, nie zrozumiałem? Pytałem tak siebie i stwierdziłem, że mógłbym pójść, ale tego nie zrobię, straszyła mnie wizja nudy i prawie bezpośredniego pouczania przez 95 minut, dlatego żegnam się z "Mocnym aniołem" i jego bohaterami, którzy zapadli mi w pamięć bardziej niż sam film, parafrazując już użyty cytat: no i cześć, no i chuj. Zdrówko!

3 lutego 2014

One - recenzja filmu "Ona"



         Film Spike’a Jonze’a jest obrazem stosunkowo kameralnym, w którym widz może wejrzeć, jak będzie wyglądało nasze życie, być może, już za kilka lub kilkanaście lat.  Chłodne ściany mieszkań i budynków, powszechny bezprzewodowy dostęp do dóbr kultury i chatroomu. A w tym wszystkim pojawia się inteligentny i wciąż rozwijający się system operacyjny o imieniu Samatha (Scarlett Johansson)

Źródło: www. media.salon.com

Bohaterem filmu jest dość niepozorny facet o staroświeckim imieniu Theodore (Joaquin Phoenix), noszący równie niemodny zarost. Choć wahania trendów w modzie wskazują, że nawet pekaesy mogą jeszcze wrócić. Theodore jest wrażliwym, romantycznym człowiekiem, który znajduje się w trakcie ważnego przełomu życiowego. Rozwodzi się z żoną, z którą pomimo wspaniale spędzonych lat, nie potrafi się już dogadać. Sam pracuje w dość przyjemnym otoczeniu pisząc (a raczej dyktując komputerowi) listy miłosne dla klientów. W swojej aktualnej pracy jest naprawdę świetny (co potwierdza rozczulony portier) a zarazem strasznie samotny w świecie w którym relacje międzyludzkie ulegają stopniowemu rozpadowi. Reżyser jednak nie moralizuje, nie poucza i nie pokazuje palcem, co wpływa bardzo pozytywnie na film. Pewnego dnia, wciąż jeszcze myśląc o żonie, kupuje świeżo wprowadzony na rynek system komputerowy, który umożliwia nabywcy rozmowę i znajomość z głosem męskim lub żeńskim. Relacja z Theodore z bezcielesnym głosem kobiety – bardzo dowcipnym, inteligentnym, zdystansowanym i troskliwym sprawia, że pozwala mu regulować znaczną część swojego życia. Relacje z innymi kobietami (już cielesnymi) wypadają na tym tle dość blado. Najbliżej jest mu jeszcze do przyjaciółki z dawnych lat Amy, która niedawno rozstała się z mężem. Podobna sytuacja życiowa powoduje, że powierzchowny dotąd kontakt zamienia się w rozmowę, czyli coś, coraz trudniej dostępnego. Pojawia się jeszcze żona, gdy podpisują wreszcie papiery rozwodowe; „tymczasowy” erzac ciała Samanthy zauroczonej ich relacją; a także kobieta na randce z którą, pomimo dobrego kontaktu, nie potrafi albo nie może, przejść na wyższy poziom zaangażowania. Spośród tych „onych” zdecydowanie wygrywa dążący do doskonałości system. Samantha potrafi bowiem przeczytać opasłą książkę w ułamku sekundy, przejrzeć i odpisać na wiadomości mailowe, narysować coś ładnego, skomponować muzykę i porozmawiać na odpowiednim poziomie. Brak cielesności ustawia cały związek w pozycji, pejoratywnie rozumianej, miłości platonicznej. Jednakże nawet ona nie jest doskonała, acz znacznie przyjaźniej nastawiona do ludzi niż np. Skynet. Wykonuje i rozwija swój program, czego nie można powiedzieć o ludziach.
Jaoquin Phoenix bardzo przekonująco zagrał swoją rolę a wszystkie kobiety (widzialne i niewidzialne) zaludniają jakoś ten zdystansowany, wychłodzony świat. Można też odnieść wrażenie, że Theodore był najbardziej szczęśliwy w momencie, gdy opuszcza miasto i pojawia się zimą w domku pośród lasu a także ze znajomymi nad morzem. Za każdym razem towarzyszy mu miły głos w słuchawce. Czyżby była to aluzja, aby powrócić do natury? W szerokim tego słowa znaczeniu.

29 stycznia 2014

Pan Posłuszny i życie blokowe

           Pan Posłuszny znał dobrze miejsce na parterze, na wprost windy. To tam mieszkańcy bloku zostawiali resztki chleba dla potrzebujących (a może dla konia). Drugim takim miejscem był śmietnik (dokładniej zawieszenie siatki na kontenerze) ale to chyba kłóciło się z nakazem moralnym, że chleba wyrzucać nie należy. Parter w bloku był miejscem bezpieczniejszym i neutralnym, raz tylko sprofanowanym przez nieczystości. Pewnego razu jednak Pan Posłuszny zauważył, że zamiast zwyczajowych pozostałości, znalazły się tam zupełnie inne przedmioty. Leżało tam kilka książek – Stary i Nowy Testament (wersje w małym formacie), książeczka do nabożeństwa oraz … kodeks drogowy. Znalezisko wzbudziło rozterki w jego umyśle. Czyżby ktoś uznał, że zamiast strawy dla ciała bardziej potrzebna ludziom będzie teraz strawa duchowa? Ten ktoś zwracał także dyskretnie uwagę, że warto poprawić swoją znajomość zasad ruchu drogowego, aby uniknąć wypadku. Ten ruch, przy okazji ostatniego bicia piany w mediach w sprawie pijanych idiotów rozbijających się po drogach, urastał do rangi głosu niezadowolenia i nawoływał do opamiętania. Z drugiej jednak strony, może to odkrycie świadczy o postępującej sekularyzacji życia w Polsce. Zeświecczenie zdobywało kolejne obszary nawet na terytorium czerwonego z natury Zagłębia. Temu komuś zabrakło jednak odwagi, aby zerwać z religią w sposób wyraźny i jednoznaczny, gdyż wolał podrzucić nieszczęsne wydawnictwa chyłkiem koło windy, aby nikt z okien bloku nie zauważył jego ostentacyjnego zerwania z Kościołem. Ten ktoś uznał także, że jest na tyle wyśmienitym kierowcą, że nie potrzebuje już kodeksu drogowego. Plwa na kodeksy – jak Książę Bogusław z „Potopu” plwał na ichnie „testamenta” i plwa na zasady moralne. Panu Posłusznemu przypomniał się wtedy husarz Lucuś z opowiadania Mrożka, który walczył z systemem pisząc groźne hasła w ubikacji dworcowej.
Tymczasem Pan Posłuszny wyniósł kilka zgniecionych plastikowych butelek do specjalnego kontenera. Pomimo próśb administracji zamieszczonych na windzie i na samym kontenerze, większość mieszkańców nie uważała za potrzebne i stosowne, aby butelki zgniatać. Być może czuli podświadomie, że będą tym samym podobni do zbieraczy puszek a może uważali, że nie warto się dodatkowo przemęczać. A może do umysłów wyćwiczonych w PRL-u nie mogło w żaden sposób trafić, że taka działalność podwyższa koszty wywozu śmieci. Pan Posłuszny zadumał się chwilkę nad losem Polaka, który w codziennych kontaktach międzyludzkich mówił, że brakuje mu „pieniędzy”. Przed kamerą lub mikrofonem te same „pieniądze” stawały się śmiesznymi „pieniążkami”, tak jakby miały wartość żetonów z Monopoly. Te właśnie pieniążki czy pieniądze przeciekały im przez palce, gdy zdziwieni dostawali rachunek za wywóz nieczystości. A książki koło windy zniknęły już na drugi dzień. Wciąż jest tak wielu potrzebujących słów otuchy i pociechy.

8 stycznia 2014

Niebezpieczne związki - recenzja "Don Jona"

       Don Jon wprost kojarzy się Don Juanem. Tylko w tym filmie jest to Don Juan naszych czasów – bezpośredni, spakowany, nażelowany i traktujący relacje międzyludzkie wielce powierzchownie. Debiutujący reżysersko i scenariuszowo Joseph Gordon – Levitt stara się podołać zadaniu, które sam sobie narzucił i udaje mu się to tylko częściowo. Don Jon jest dużo lżejszą i bardzo luźną wariacją na tematy podjęte we „Wstydzie” McQueena. Film, który w zamierzeniu pod warstwą lekkości miał ukrywać poważniejsze zagadnienia, sprawdza się do chwili, gdy Gordon – Levitt nie zechciał wyciągnąć wniosków.     

Źródło: http://www.connectsavannah.com
    Reżyser, scenarzysta i aktor w jednej osobie opowiada tutaj o chłopaku, który ma dwa ulubione zajęcia: ocenianie z kolegami dziewczyn na dyskotece a następnie „wyrywanie” tych z notą powyżej osiem; zaspokajanie swoich niespełnionych fantazji i pożądania poprzez oglądanie porno w Internecie. Do tego jeszcze można dołączyć kłótnie z amerykańskim ojcem przy amerykańskim obiedzie z amerykańską matką przy amerykańskiej telewizji u boku. Całość zamyka klamra w postaci regularnych wycieczek do kościoła, spowiedzi z przygodnego seksu z kobietą i komputerem, pokuty zaleconej przez zblazowanego księdza. Kołowrotek zdarzeń zwalnia, gdy protagonista poznaje Barbarę (Scarlett Johansson), której przydziela oczywiście „dyszkę” i tutaj zaczynają się jego kłopoty. Na kimś zaczyna mu zależeć (może też dlatego, że Basieńka z początku odrzuca jego amory). I tak nasz birbant, utracjusz i lowelas staje przed niezwykle trudną misją do realizacji – budową związku. Zadanie okaże się tym trudniejsze, że zarówno on, jak i jego wystrzałowa wybranka nie są pozbawieni wad a proces „docierania” okaże się nad wyraz trudny dla obojga.
            Bohater przechodzi stopniową przemianę, która w punkcie kulminacyjnym wydaje się niemal tak samo naciągana, jak przemiana Andrzeja Chyry w „Komorniku” – z kolan powstaje nowy człowiek. Niemniej, pojawia się tym filmie wiele prawdy. Jon słusznie konstatuje, że „porno jest lepsze niż real” i przekonuje się, że jak trudno stworzyć relację opartą na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. W czasach, gdy wiele rzeczy jest szybkie i lekkostrawne, cierpliwość, konsekwencja i tolerancja są na wagę złota. Jon jest daleki od ideału partnera i kochanka, podobnie jak jego blond wybranka. Jemu jednak udaje się przejść na poziom wyżej dzięki kontaktom ze starszą, doświadczoną kobietą (Julianne Moore). To jest właśnie moment, gdy film (dotąd lekki, szybki i czasem zabawny) uderza w zbyt mocny ton. To uderzenia zagłusza wydźwięk filmu, bo zwyczajnie dotyczy spraw bardziej skomplikowanych i wysoce niejednoznacznych. To takie nagłe przejście na skróty w sytuacji, gdy potrzeba jeszcze przejść pewien dystans, aby widz także nabrał dystansu i uwierzył w całą historię. Mogło być lepiej ale nie jest źle, jak na debiut to jest wręcz dobrze.
 

16 grudnia 2013

Relacja z VII Poligonu Poetów



21 listopada odbyła się już 7 edycja Poligonu Poetów w Muzeum Miejskim „Sztygarka” organizowana przez Dąbrowską Brygadę Poetycką. Tym razem  w pojedynku literackim spotkały się Mariola Konieczna i Janina Barbara Sokołowska. Konieczna jest poetką a zarazem wykonawczynią piosenki autorskiej. Z tego względu czytane przez nią wiersze przeplatane były kilkoma utworami m.in. z wydanego niedawno debiutanckiego albumu „Wielokropek”. Z kolei Sokołowska jest znaną dąbrowską poetką, która wydała ostatnio tomik „Pamiętnik matki” oraz została odznaczona honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Spotkanie wypełnione dociekliwymi pytaniami poprowadził reprezentant Brygady – Patryk Chrzan, po czym odbył się tradycyjny Turniej Jednego Wiersza. Tym razem ciało jurorskie złożone z zaproszonych gości postanowiło przyznać trzy nagrody. Pierwsze miejsce przypadło Wiktorii Szumiacie z Będzina, drugie Arkadiuszowi R. Skowronowi z Czeladzi a trzecie Darii Dziedzic z Dąbrowy Górniczej. Kolejny Poligon odbędzie się po przerwie zimowej w marcu.