Tymczasem Pan Posłuszny wyniósł kilka zgniecionych
plastikowych butelek do specjalnego kontenera. Pomimo próśb administracji zamieszczonych
na windzie i na samym kontenerze, większość mieszkańców nie uważała za
potrzebne i stosowne, aby butelki zgniatać. Być może czuli podświadomie, że
będą tym samym podobni do zbieraczy puszek a może uważali, że nie warto się
dodatkowo przemęczać. A może do umysłów wyćwiczonych w PRL-u nie mogło w żaden
sposób trafić, że taka działalność podwyższa koszty wywozu śmieci. Pan
Posłuszny zadumał się chwilkę nad losem Polaka, który w codziennych kontaktach
międzyludzkich mówił, że brakuje mu „pieniędzy”. Przed kamerą lub mikrofonem te
same „pieniądze” stawały się śmiesznymi „pieniążkami”, tak jakby miały wartość
żetonów z Monopoly. Te właśnie pieniążki czy pieniądze przeciekały im przez
palce, gdy zdziwieni dostawali rachunek za wywóz nieczystości. A książki koło
windy zniknęły już na drugi dzień. Wciąż jest tak wielu potrzebujących słów otuchy i pociechy.
Zakładki
Etykiety
- Esej (1)
- Felieton (4)
- Historia (4)
- Impreza (3)
- Kultura i Społeczeństwo (6)
- Poezja (2)
- Poligon Poetów (2)
- Proza (2)
- Recenzja (13)
- Strzelnica (1)
- Sztuka (1)
- Wywiad (2)
29 stycznia 2014
Pan Posłuszny i życie blokowe
Pan Posłuszny znał dobrze miejsce na parterze, na wprost
windy. To tam mieszkańcy bloku zostawiali resztki chleba dla potrzebujących (a
może dla konia). Drugim takim miejscem był śmietnik (dokładniej zawieszenie
siatki na kontenerze) ale to chyba kłóciło się z nakazem moralnym, że chleba
wyrzucać nie należy. Parter w bloku był miejscem bezpieczniejszym i neutralnym,
raz tylko sprofanowanym przez nieczystości. Pewnego razu jednak Pan Posłuszny
zauważył, że zamiast zwyczajowych pozostałości, znalazły się tam zupełnie inne
przedmioty. Leżało tam kilka książek – Stary i Nowy Testament (wersje w małym
formacie), książeczka do nabożeństwa oraz … kodeks drogowy.
Znalezisko wzbudziło rozterki w jego umyśle. Czyżby ktoś uznał, że zamiast
strawy dla ciała bardziej potrzebna ludziom będzie teraz strawa duchowa? Ten
ktoś zwracał także dyskretnie uwagę, że warto poprawić swoją znajomość zasad
ruchu drogowego, aby uniknąć wypadku. Ten ruch, przy okazji ostatniego bicia
piany w mediach w sprawie pijanych idiotów rozbijających się po drogach,
urastał do rangi głosu niezadowolenia i nawoływał do opamiętania. Z drugiej
jednak strony, może to odkrycie świadczy o postępującej sekularyzacji życia w
Polsce. Zeświecczenie zdobywało kolejne obszary nawet na terytorium czerwonego
z natury Zagłębia. Temu komuś zabrakło jednak
odwagi, aby zerwać z religią w sposób wyraźny i jednoznaczny, gdyż wolał
podrzucić nieszczęsne wydawnictwa chyłkiem koło windy, aby nikt z okien bloku
nie zauważył jego ostentacyjnego zerwania z Kościołem. Ten ktoś uznał także, że
jest na tyle wyśmienitym kierowcą, że nie potrzebuje już kodeksu drogowego.
Plwa na kodeksy – jak Książę Bogusław z „Potopu” plwał na ichnie „testamenta” i
plwa na zasady moralne. Panu Posłusznemu przypomniał się wtedy husarz Lucuś z
opowiadania Mrożka, który walczył z systemem pisząc groźne hasła w ubikacji
dworcowej.
20 stycznia 2014
Wywiad z okazji wydania "Przekazów podprogowych"
Wywiad ze Patrykiem Chrzanem przeprowadzony przez Magdalenę Rebetę
http://www.okultura.bedzin.pl/index.php/component/content/article/2-uncategorised/26-archiwum-ab
Numer ze stycznia 2014 r, strona 8.
http://www.okultura.bedzin.pl/index.php/component/content/article/2-uncategorised/26-archiwum-ab
Numer ze stycznia 2014 r, strona 8.
8 stycznia 2014
Niebezpieczne związki - recenzja "Don Jona"
Don Jon wprost kojarzy się Don
Juanem. Tylko w tym filmie jest to Don Juan naszych czasów – bezpośredni, spakowany,
nażelowany i traktujący relacje międzyludzkie wielce powierzchownie.
Debiutujący reżysersko i scenariuszowo Joseph Gordon – Levitt stara się podołać
zadaniu, które sam sobie narzucił i udaje mu się to tylko częściowo. Don Jon
jest dużo lżejszą i bardzo luźną wariacją na tematy podjęte we „Wstydzie”
McQueena. Film, który w zamierzeniu pod warstwą lekkości miał ukrywać poważniejsze
zagadnienia, sprawdza się do chwili, gdy Gordon – Levitt nie zechciał wyciągnąć
wniosków.
![]() |
| Źródło: http://www.connectsavannah.com |
Reżyser, scenarzysta i aktor w
jednej osobie opowiada tutaj o chłopaku, który ma dwa ulubione zajęcia:
ocenianie z kolegami dziewczyn na dyskotece a następnie „wyrywanie” tych z notą
powyżej osiem; zaspokajanie swoich niespełnionych fantazji i pożądania poprzez
oglądanie porno w Internecie. Do tego jeszcze można dołączyć kłótnie z
amerykańskim ojcem przy amerykańskim obiedzie z amerykańską matką przy
amerykańskiej telewizji u boku. Całość zamyka klamra w postaci regularnych
wycieczek do kościoła, spowiedzi z przygodnego seksu z kobietą i komputerem,
pokuty zaleconej przez zblazowanego księdza. Kołowrotek zdarzeń zwalnia, gdy
protagonista poznaje Barbarę (Scarlett Johansson), której przydziela oczywiście
„dyszkę” i tutaj zaczynają się jego kłopoty. Na kimś zaczyna mu zależeć (może
też dlatego, że Basieńka z początku odrzuca jego amory). I tak nasz birbant,
utracjusz i lowelas staje przed niezwykle trudną misją do realizacji – budową związku.
Zadanie okaże się tym trudniejsze, że zarówno on, jak i jego wystrzałowa
wybranka nie są pozbawieni wad a proces „docierania” okaże się nad wyraz trudny
dla obojga.
Bohater
przechodzi stopniową
przemianę, która w punkcie kulminacyjnym wydaje się niemal tak samo
naciągana,
jak przemiana Andrzeja Chyry w „Komorniku” – z kolan powstaje nowy
człowiek.
Niemniej, pojawia się tym filmie wiele prawdy. Jon słusznie konstatuje,
że „porno
jest lepsze niż real” i przekonuje się, że jak trudno stworzyć relację
opartą
na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. W czasach, gdy wiele rzeczy jest
szybkie i
lekkostrawne, cierpliwość, konsekwencja i tolerancja są na wagę złota.
Jon jest
daleki od ideału partnera i kochanka, podobnie jak jego blond wybranka.
Jemu
jednak udaje się przejść na poziom wyżej dzięki kontaktom ze starszą,
doświadczoną kobietą (Julianne Moore). To jest właśnie moment, gdy film
(dotąd lekki, szybki i czasem zabawny) uderza w zbyt mocny ton. To
uderzenia zagłusza wydźwięk filmu,
bo zwyczajnie dotyczy spraw bardziej skomplikowanych i wysoce
niejednoznacznych. To takie nagłe przejście na skróty w sytuacji, gdy
potrzeba
jeszcze przejść pewien dystans, aby widz także nabrał dystansu i
uwierzył w
całą historię. Mogło być lepiej ale nie jest źle, jak na debiut to jest
wręcz
dobrze.
16 grudnia 2013
Relacja z VII Poligonu Poetów
21 listopada odbyła się już 7 edycja
Poligonu Poetów w Muzeum Miejskim „Sztygarka” organizowana przez Dąbrowską
Brygadę Poetycką. Tym razem w pojedynku
literackim spotkały się Mariola Konieczna i Janina Barbara Sokołowska.
Konieczna jest poetką a zarazem wykonawczynią piosenki autorskiej. Z tego
względu czytane przez nią wiersze przeplatane były kilkoma utworami m.in. z
wydanego niedawno debiutanckiego albumu „Wielokropek”. Z kolei Sokołowska jest
znaną dąbrowską poetką, która wydała ostatnio tomik „Pamiętnik matki” oraz
została odznaczona honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Spotkanie
wypełnione dociekliwymi pytaniami poprowadził reprezentant Brygady – Patryk
Chrzan, po czym odbył się tradycyjny Turniej Jednego Wiersza. Tym razem ciało
jurorskie złożone z zaproszonych gości postanowiło przyznać trzy nagrody.
Pierwsze miejsce przypadło Wiktorii Szumiacie z Będzina, drugie Arkadiuszowi R.
Skowronowi z Czeladzi a trzecie Darii Dziedzic z Dąbrowy Górniczej. Kolejny
Poligon odbędzie się po przerwie zimowej w marcu.
1 grudnia 2013
Tajemnica Wilczej Góry
Około pół kilometra od mojego bloku, na pograniczu dąbrowskich
Mydlic Południowych, wschodniej części będzińskiego Warpia oraz sosnowieckiego
Zagórza i Józefowa znajduje się miejsce nazywane kiedyś Wilczą Górą. Obecnie
trudno nazwać tę okolicę górą a raczej nieco pustynnym wzniesieniem, bo
znajduje się tam zasypany kilka lat temu kamieniołom, porośnięty częściowo trawą,
krzakami i drzewami.
Niemniej z tym nieco zapomnianym miejscem związana jest jedna z
legend zagłębiowskich, którą przytaczam w całości.
Legenda
o Wilczej Górze
„Przy
dzisiejszej drodze wiodącej z Zagórza do Będzina, pod samą granicą będzińską,
po prawej stronie widnieje wzgórze ze śladami dawnego kamieniołomu, które
niegdyś zwało się Wilcza Góra. Przed wielu laty na wschodnim stoku wzgórza
stała samotna karczma, lecz często i licznie odwiedzana przez mieszkańców
Starej Dąbrowy, Małobądza i Zagórza, którzy w porze letniej każdej niedzieli
zbierali się tutaj na pogwarkę, lub na tany przy dźwiękach muzyki. Pewnej
niedzieli zaszedł do tej karczmy Pietrek Przystalik z Zagórza, wiodąc ze sobą
swą narzeczoną Małgosię Skrzypczykównę, słynącą z urody na całą okolicę. Ku tej
parze w czasie tańca kierowały się zazdrosne, nienawistne nawet spojrzenia ze
strony dziewek i chłopców, one bowiem zazdrościły Małgosi piękności i tego, że
wszyscy parobcy tylko na nią patrzeli i o jej względy się ubiegali. Parobcy zaś
niezadowoleni byli z tego, że Skrzypczykówna tylko z Przystalikiem przestawała,
a o nich tyle dbała, co o zeszłoroczny śnieg. Gdy w inne niedziele panowała w
karczmie niezamącona wesołość i ochota, to tej niedzieli zaległ klepisko w
karczmie ponury nastrój, ochota do tanów zmalała i ucichły gwary. Z owych dąsów
dziewek i parobczaków nie byłoby może nic wyniknęło, gdyby nie zjawił się, na
nieszczęście, diabeł w osobie obcego, dorodnego młodzieńca, który ciągle prosi
do tańca Małgosię, pobudzając tem Pietrka do złości, a innych do drwin z niego,
iż dał sobie odbić dziewuchę obcemu.
Zazdrosny chłopak początkowo milczał, lecz potem zaczął naglić narzeczoną do jak najszybszego powrotu do domu, ale ona prosiła go, by chwilkę jeszcze pozwolił jej zostać, aby ostatni jeszcze raz mogła zatańczyć z pięknym parobczakiem.
Gdy taniec się skończył, Małgosia jeszcze ociągała się z wyjściem, więc Pietrek wyciągnął ją gwałtem z karczmy i skierował się do domu.
Droga wiodła przez wzgórze. Idąc do domu, Pietrek czynił narzeczonej gorzkie wymówki za to, że tyle tańczyła z nieznajomym i tak się do niego pięknie uśmiechała, zaś o narzeczonym zupełnie zapomniała. Zniecierpliwiona wyrzutami Małgosia, zaczęła z kolei wymyślać Pietrkowi i wypominać mu jego ubogie pochodzenie.
Rozeźlony i rozżalony Przystalik zapamiętał się, chwycił dziewczynę za szyję, rzucił na ziemię i począł dusić. Było to właśnie już na szczycie wzgórza. W tej chwili, gdy Małgosia wyzionęła ducha, uduszona rękami narzeczonego, rozległ się w powietrzu przeraźliwy, szyderczy śmiech diabła, który na okrutnym wilczysku przybywał wśród świstu wichru. Wystraszony Pietrek spostrzegłszy, że diabeł ma twarz owego dorodnego parobczaka z karczmy, w przerażeniu zaczął uciekać w stronę karczmy. Zaledwie jednak zdołał uczynić kilka kroków, gdy wilk rzucił się na niego, kalecząc pazurami łap i kłami paszczy. Bronił się nieszczęsny Pietrek jak mógł, lecz został pokonany i wciągnięty przez wilka w głęboką szczelinę wzgórza, w którą wszedł również i diabeł. Na drugi dzień znaleziono na wzgórzu martwe ciało Małgosi i nieprzytomnego Pietrka w głębokiej jamie, srodze pokaleczonego.
Gdy ten przyszedł do przytomności, opowiedział ludziom całą przygodę i prosił by go żywcem pogrzebano w owej jamie, w której go ludzie znaleźli. Jednak prośbie jego odmówiono. Małgosię pochowano na cmentarzu w Mysłowicach, zaś Pietrek umknąwszy kary, poszedł w świat i dopiero po kilkudziesięciu latach wrócił jako starzec, by zemrzeć na wzgórzu, gdzie dopuścił się zabójstwa. Litościwi ludzie pochowali go w jamie, w której pragnął być żywcem pochowany - a wzgórze nazwano Wilczą Górą, i że tam, szatan na wilku jeździł.
Omijano je przez długie lata z trwogą, jako siedlisko nieczystych sił. Ilekroć usiłowano postawić na mogile Pietrka krzyż, zawsze w nocy coś go wyrwało z ziemi i odnosiło w różne strony. Karczma leżąca podle wzgórza istniała jeszcze długo, lecz i tę ludziska omijali ze strachem. Jej arendarz nie mając co robić, opuścił ją wreszcie porzucając na pastwę losu. Stała przez kilkadziesiąt lat pustką, aż około roku 1860 spłonęła doszczętnie od uderzenia pioruna.”
Zazdrosny chłopak początkowo milczał, lecz potem zaczął naglić narzeczoną do jak najszybszego powrotu do domu, ale ona prosiła go, by chwilkę jeszcze pozwolił jej zostać, aby ostatni jeszcze raz mogła zatańczyć z pięknym parobczakiem.
Gdy taniec się skończył, Małgosia jeszcze ociągała się z wyjściem, więc Pietrek wyciągnął ją gwałtem z karczmy i skierował się do domu.
Droga wiodła przez wzgórze. Idąc do domu, Pietrek czynił narzeczonej gorzkie wymówki za to, że tyle tańczyła z nieznajomym i tak się do niego pięknie uśmiechała, zaś o narzeczonym zupełnie zapomniała. Zniecierpliwiona wyrzutami Małgosia, zaczęła z kolei wymyślać Pietrkowi i wypominać mu jego ubogie pochodzenie.
Rozeźlony i rozżalony Przystalik zapamiętał się, chwycił dziewczynę za szyję, rzucił na ziemię i począł dusić. Było to właśnie już na szczycie wzgórza. W tej chwili, gdy Małgosia wyzionęła ducha, uduszona rękami narzeczonego, rozległ się w powietrzu przeraźliwy, szyderczy śmiech diabła, który na okrutnym wilczysku przybywał wśród świstu wichru. Wystraszony Pietrek spostrzegłszy, że diabeł ma twarz owego dorodnego parobczaka z karczmy, w przerażeniu zaczął uciekać w stronę karczmy. Zaledwie jednak zdołał uczynić kilka kroków, gdy wilk rzucił się na niego, kalecząc pazurami łap i kłami paszczy. Bronił się nieszczęsny Pietrek jak mógł, lecz został pokonany i wciągnięty przez wilka w głęboką szczelinę wzgórza, w którą wszedł również i diabeł. Na drugi dzień znaleziono na wzgórzu martwe ciało Małgosi i nieprzytomnego Pietrka w głębokiej jamie, srodze pokaleczonego.
Gdy ten przyszedł do przytomności, opowiedział ludziom całą przygodę i prosił by go żywcem pogrzebano w owej jamie, w której go ludzie znaleźli. Jednak prośbie jego odmówiono. Małgosię pochowano na cmentarzu w Mysłowicach, zaś Pietrek umknąwszy kary, poszedł w świat i dopiero po kilkudziesięciu latach wrócił jako starzec, by zemrzeć na wzgórzu, gdzie dopuścił się zabójstwa. Litościwi ludzie pochowali go w jamie, w której pragnął być żywcem pochowany - a wzgórze nazwano Wilczą Górą, i że tam, szatan na wilku jeździł.
Omijano je przez długie lata z trwogą, jako siedlisko nieczystych sił. Ilekroć usiłowano postawić na mogile Pietrka krzyż, zawsze w nocy coś go wyrwało z ziemi i odnosiło w różne strony. Karczma leżąca podle wzgórza istniała jeszcze długo, lecz i tę ludziska omijali ze strachem. Jej arendarz nie mając co robić, opuścił ją wreszcie porzucając na pastwę losu. Stała przez kilkadziesiąt lat pustką, aż około roku 1860 spłonęła doszczętnie od uderzenia pioruna.”
Żródło: http://www.zaglebiedabrowskie.org
Na
początek warto dodać kilka faktów – Wilcza Góra ma 288,5 – 289 m.n.p.m i
stanowi część dłuższego wzniesienia o punkcie kulminacyjnym 300 m.n.p.m
znajdującym się nieco dalej na zachód.
Na takiej samej wysokości znajduje się położone
zachodniej części miasta wzgórze Syberka, na którym wybudowano osiedle
mieszkaniowe. Co do samej legendy – na konto ludowej wyobraźni można złożyć
przekaz o diable na grzbiecie wilka. Niemniej, jak można zauważyć, nie tak
częstą praktyką w tego typu opowieściach jest podawanie dokładnych personaliów
bohaterów (choć mogły zostać wymyślone dla uwiarygodnienia przekazu). Choć i
sama chęć uwiarygodnienia może mieć ukryte przesłanki. Nic także nie wiadomo,
aby na wschodnim zboczu Wilczej Góry znajdował się kiedykolwiek jakiś budynek. Na
mapie Jana Hempla z 1856 roku zostały m.in. zaznaczone karczmy znajdujące się
na terenie Zagórza (w tamtym czasie góra znajdowała się jeszcze na jego obszarze,
obecnie na terenie Warpia). Inne mapy z tego okresu (jak i wcześniejsze) nie są
na tyle dokładne, aby wyróżniać tego typu obiekty, szczególnie jeśli zawierzy
się legendzie, iż gospoda stawała się ruiną już około od początków XIX wieku.
Ze względu na rozpoczętą jeszcze w XIX stuleciu eksploatację kamieniołomu, od
którego wzięła nazwę cała dzielnica Warpie, trudno szukać jakichkolwiek
archeologicznych śladów rzekomej drewnianej konstrukcji.
Z
drugiej strony, skąd mógł się wziąć zapis o staruszku Przystaliku pochowanym w
jamie na Wilczej Górze? Wymysł twórców przekazu czy może kiedyś w kamieniołomie
(podobnie jak w innych tego typu miejscach, także na Zagłębiu) ktoś przypadkiem
albo podczas wydobywania surowca odnalazł jakieś kości. W wersji sensacyjnej
mogłyby być to faktycznie szczątki niezidentyfikowanego osobnika; a w wersji
bardziej realistycznej - szczątki zwierząt kopalnych, które nieświadomi lokalni
mieszkańcy uznali za ludzkie. W ten sposób mogła powstać zła sława tego miejsca
okraszona dodatkowo wilkami i diabłem, w celu skutecznego straszenia dzieci i odstraszania
obcych. Nawet jedna z pobliskich ulic na Warpiu nosi nazwę Wilczej.
Czy
istnieją jakiekolwiek przesłanki, aby przypuszczać, że na zboczu dawnej Wilczej
Góry stał jakiś budynek? Mapy okolicy z lat 20. i 70. wskazują, że faktycznie
przez grzbiet wzniesienia biegła kiedyś ścieżka, która mogła łączyć dawno temu Małobądz
(Warpie jeszcze wtedy nie istniało) z Zagórzem. Jeszcze w latach 30. ulica
Krakowska od strony Będzina kończyła się faktycznie na skrzyżowaniu z ulicą
Górniczą (obecnie Św. Brata Alberta) a dalej biegła w kierunku Zagórza i Starej
Dąbrowy jako polna ścieżka. Dopiero po II wojnie światowej powstała asfaltowa
droga łącząca Warpie z uliczkami znajdującymi się na wschód od Wilczej Góry -
Podmiejską, Łąkową, Cichą oraz Kamienną.
![]() |
| Wilcza Góra - 1929 r i 1979 r |
Początki położonych na uboczu ulic wiążą się okresem
międzywojennym, na co wskazuje także wzniesiona w 1938 roku kapliczka na dawnym
skrzyżowaniu ulicy Krakowskiej, Cichej oraz jeszcze jednej prowadzącej w
kierunku Starej Dąbrowy, która została zlikwidowana wraz z zabudową na początku
lat 80., w trakcie budowy osiedla mieszkaniowego.
Zatem, jeśli ufać opowieści, w czasach Pietrka
Przystalika i jego narzeczonej mogła istnieć popularna ścieżka z austerią po
drodze. W tamtych czasach mogła za to nie istnieć jeszcze ścieżka, która
później stała się ulicą Krakowską, tym bardziej, że nie istniało jeszcze
Warpie. Należy jednak pamiętać, że ścieżka zaznaczona na mapach nie jest
dowodem na istnienie kiedykolwiek w tym miejscu oberży, ale też każda legenda posiada
jakąś genezę powstania.
Wilcza
Góra znajduje się w okolicy, która nigdy wcześniej nie była zamieszkana (może w
czasach ahistorycznych) i w ostatnich wiekach stanowiła pogranicze dzielnic
Dąbrowy Górniczej, Będzina i Sosnowca. Z map wynika, iż przez długi czas nic
się tutaj nie znajdowało (bezdrzewne łany łąk i pól), oprócz ścieżek łączących
poszczególne miejscowości. Dlaczego osadnicy unikali tego miejsca? Cały obszar
znajduje się na wysokości ponad 270 m.n.p.m, co chroniło skutecznie od
podtopień, Czarna Przemsza przepływa w bezpiecznej odległości, niedaleko powstała
linia kolejowa. Ponadto w odległych już bardzo czasach mogło być to niezłe
miejsce do osiedlenia. Zagórze ponadto jest najstarszą dzielnicą Sosnowca,
miejscowością, o której pierwsze pisemne wzmianki pochodzą już z 1228 roku. W
XIV – XV wieku powstał tam niewielki gródek w miejscu osady rycerskiej
oddzielony od Wilczej Góry bagnami pokrywającymi obszary dzisiejszej Środuli oraz Potokiem Zagórskim, uregulowanym dopiero w latach 80. XX wieku. Być
może zatem zadecydowały inne względy np. słaba gliniasta gleba, która nie
pozwalała na udane zasiewy albo obszar pokrywały pomniejsze kamieniołomy,
blisko których nikt nie chciał zamieszkać. O zamiejscowym charakterze tej
okolicy świadczy też budowa tuż po II wojnie światowej cmentarza naprzeciwko
wzniesienia.
Legenda
o ukrytym skarbie
Z
Wilczą Górą wiąże się także w dość swobodny sposób legenda o skarbach
zakopanych w pobliżu pewnej karczmy na Zagórzu. W ówczesnej wsi Zagórze
należącej do Mieroszewskich znajdowało się kilka tego rodzaju przybytków, w tym
budynek zaznaczony na mapie Hempla, znajdujący się obecnie w Lesie Zagórskim.
Niestety, w pobliżu domniemanej lokalizacji nic nie znaleziono, co posłużyć
może spekulacjom, iż dawna historia dotyczy innej karczmy znajdującej się na
terenie Zagórza. Być może chodzi o tajemniczy wyszynk na zboczu Wilczej Góry. Przemawia
za tym również to, iż karczma z Lasu Zagórskiego miała znajdować się przy
obecnej ulicy Długosza, która łączy Zagórze z Józefowem. Niegdyś mogła biec
dalej w kierunku północnego - zachodu przez dzisiejszy lasek (który wyrósł na
zrobach zamkniętej w latach 20. kopalni Wańczyków), skąd już niedaleko do
Wilczej Góry. Ponadto wschodnie zbocze wzgórza nie było w całości objęte
kamieniołomem i przez to mogło pozostać nienaruszone od czasów tajemniczego ukrycia
kosztowności.
Wszystkie
rozważania jakie tutaj zawarłem są tylko przypuszczeniami, uzasadnionymi czasem
tylko logiką a czasem skojarzeniami i nie posiadam dla nich dowodów
historycznych. Głównie kierowała mną chęć pokazania, że także w najbliższym
otoczeniu można zetknąć się legendami o diabłach i ukrytych skarbach. Pamiętam
też, że w każdej legendzie, podaniu ludowym znajduje się jakaś cząstka lub
nawet część prawdy. Nie zawsze przecież chodzi tylko o morał a fundament każdej
historii może zostać stworzony z faktów, które dawno już pokrył mrok czasu i
nie sposób dociec prawdy. Jaka jest zatem tajemnica Wilczej Góry i czy w ogóle
jest jakaś tajemnica?
30 października 2013
Powrót do Edenu – recenzja tomiku „Zmiany klimatyczne” Zenona Dytki
„Zmiany klimatyczne” to kolejna z książek Zenona Dytki, poety -
niepoetyckiego, którego sposób pisania umiejscawia go w autonomicznej niszy. Po
lekturze można odnieść wrażenie, że autor konsekwentnie przeczy opinii
Gombrowicza na temat poezji zawartej w „Dziennikach”. Wiersze Dytki zazwyczaj odległe
są od chemicznego produktu, poddanego kondensacji i podanego jako cukier w
stanie czystym. Rzadko słodzi a znacznie częściej soli swoje wypieki poetyckie,
unikając także innych zbędnych przypraw.
W wierszach tych pojawia
się zwykły człowiek, dalece odległy od pejoratywnego wizerunku poety. To
postać, która dość śmiało wyznaje swoje słabości, strachy i refleksje na temat
kondycji współczesnego świata. Bohater, która przeżywa przygody w tramwaju, na
balkonie czy w Empiku. Choć nie jest to polowanie na lwa w Afryce, jest to
sytuacja życiowa, która może spotkać każdego z czytelników, ale niewielu z nich
pomyśli o tym w kategoriach wyznania literackiego. W tej poezji autor zlewa się
z podmiotem lirycznym w jedną figurę, co nadaje jej znamion szczerości i
autentyczności a także przekonania, że obcujemy z konkretną, ukształtowaną w
pełni osobą, a nie ze zmiennym bytem literackim.
Dytko pisze zatem o kobietach, Bogu,
muzyce, pracy, relacjach międzyludzkich, przyrodzie i poszukiwaniu prawdy. To
jego uniwersum, które wbrew pierwszemu wrażeniu, po wymienieniu składowych,
okazuje się nad wyraz spójne. Każdy z tych elementów, a może nawet żywiołów,
jest przecież przedmiotem zainteresowania każdego świadomego, krytycznego wobec
rzeczywistości człowieka.
Krytyczny stosunek do
otoczenia pojawia się już w wierszu „Monstrum”:
widziałem twarze nic nie wartych
ludzi/gdyby życia wiecznego nie było/nie byłoby już nic (…) powłóczą nogami z
nudów nie wiedzą co mają robić i zaczepiają mnie (…) a także w „Jak siebie samego”, gdy
wyraża wręcz aprobatę z powodu wzrostu liczby osób aseksualnych, pisząc: może i dobrze/będzie nas coraz mniej/nie żal
nikogo/nawet samego siebie.
To symptomatyczne dla tej literatury. Dytko nie operuje jednak wyłącznie
na wysokiej nucie i często poważne osądy i konstatacje obtacza ironią i
dystansem, gdy np. porównuje ludzi do ptaków, gdyż tak jak one, lubią się
przebierać w „cudze piórka”, bo przecież „trochę oszustwa przydaje się w
życiu”. Autor przyznaje, że bardzo krytykuje ludzi, gdyż ci po prostu się zmienili.
Sprawia to dojmujące przeświadczenie, iż świat nie zmierza w dobrym kierunku i
ulega nieustannej degrengoladzie. Pierwsze zetknięcie z „obojętnością na zło”,
które pojawia się w tej twórczości, poeta doznał jeszcze na początku szkoły. W
tekście pod wymownym tytułem „Lekcja nienawiści” wyznaje, jak został
niesłusznie oskarżony a prawda i obiektywizm zostały zakrzyczane, podobnie jak ostatni
sprawiedliwy, bo „tylko jeden uczeń stanął w mojej obronie”. W wierszu „Szkoda
gadać” narzeka na brak szacunku, który przejawia się marnowaniu kupowanej
żywności. Stwierdza wreszcie, że „dajemy morzu plastik karmimy nim ryby po czym
sami je spożywamy (…) to szczytowe osiągnięcie rozumu”.
Dytko bardzo często
szuka analogii między światem ludzi a światem zwierząt. Jednak nie ma na myśli
żadnych szlachetnych i dostojnych stworzeń, ale zazwyczaj są to owady, pluskwy,
glony a nawet Obcy, który, jak prorokuje, kiedyś zasiedli naszą planetę. Tak
jakby odnosił się do nieustannej cyrkulacji wszechpotężnych sił przyrody, w
szczypcach której nawet najwięksi mocarze zostaną kiedyś pokonani i rozebrani
przez małe stworzenia i drobnoustroje. Przypomina o tym często, chcąc
przypomnieć człowiekowi o potrzebie pokory. Zarazem, jakby paradoksalnie, darzy
małe zwierzęta pewną specyficzną czułością. Ten motyw pojawia się także we
wcześniejszych książkach, gdzie autor jest takim „Św. Franciszkiem od owadów” i
np. w „Owadziej miłości” rozprawia, czy dobrze postąpił uśmiercając „owada
podobnego do kleszcza”, bo może było to jednak coś pożytecznego i posiadało
partnera. Takie pochylanie się nad małym życiem, wraz z pytaniem o istotę
miłości wyraża wrażliwość i szacunek dla przyrody. Przejawia się to także w
wierszu „To widać”, gdzie zauważa, iż w oczach bydlęcia: widać podziw dla piękna/umiłowanie luksusów wzniosłość/skłonność do
marzeń a nawet jakąś/formę religijności która musi z tego/wszystkiego wynikać. Tym
też sposobem zwierzęta, przyroda i Bóg stają się w tej twórczości pewną
jednością – koherentnymi elementami poetyckiego uniwersum autora.
W muzyce poeta wydaje
się poszukiwać ładu i porządku a także uspokojenia. Z jednej strony pojawia się
np. Beethoven a z drugiej muzyka z filmu „Fortepian”. Muzykę przyjmuje także
jako sens i cel życia, gdy w wierszu „Znów Beethoven” zauważa odkrywczo, że: na czymś cholernie mu zależało, a
czytelnik odnosi pewne wrażenie, że piszący te słowa łaknie posiadania tego
celu. Jemu samemu piękna muzyka kojarzy się latem, cieniem, brakiem wiatru i
spokojem, czyli miejscem podobnym do Edenu, do którego chciałby chyba często
powracać lub zostać na stałe. Jednocześnie jest wtedy „kochany przez samego
siebie”, co oznacza istniejący brak samoakceptacji, a także gdy pisze „nie
czuję żalu do nikogo nic mnie nie boli (…) wreszcie przestanę się bać ludzi
życia siebie – wszystkiego”. Słowa te brzmią niemal jak manifest i jednocześnie
są deklaracją ucieczki, eskapizmu.
Dytko poświęca kilka
tekstów relacjom w pracy, gdzie pod oznaczeniami – X, Y, Z kryją się realne
osoby, typy, które każdy czytelnik z pewnością spotkał na swojej drodze. Autora
wyraźnie drażnią powierzchowne oceny, wywyższanie się, czucie się lepszym. Ta
chęć zdominowania i zaszufladkowania bliźniego, wrogość wobec odmienności i
brak tolerancji, do której sam dojrzewał, to część gorszej i ciemniejszej
strony uniwersum.
Pozostają wreszcie
kobiety, które zaludniają ten poetycki świat zarówno po jego jasnej, jak i
mrocznej stronie. Jasną stronę reprezentuje wiersz „Pewne stałe”, gdzie wyznaje
szczerze, iż: źródłem mojej
twórczości/jest tęsknota za miłością/niezaspokojona miłość/do w miarę młodych
kobiet (…) co traktuje, jako „pewne stałe punkty odniesienia”. Na tym tylko
gruncie Dytko staje się czasami poetą lirycznym, gdy w wierszu „Dla Joanny”
pisze: więcej jest w oczach kobiety niż
może/się przyśnić mężczyźnie/w nocy i w dzień. Z drugiej strony w „Już
nigdy” potrafi zadeklarować dawnej miłości ze szkoły średniej, która namawia go
na spotkanie po latach, iż nie da się nabrać, „zwodzić za nos i ośmieszać
tańczyć w dyskotece jak błazen”. W swoim stosunku do kobiet jest
niejednoznaczny, ambiwalentny, tak jak różne i niezdefiniowane potrafią być
kobiety. To chyba jedyny obszar, który wymyka się jasnym ocenom w tej poetyce. Wskazuje
na to konstatacja, że piękne kobiety „zło zepsucie brzydotę i śmierć mają
wypisane na twarzy a mimo to są godne miłości (…). One umykają (jak zresztą
wielu mężczyznom) racjonalnym narzędziom poznawczym, wskutek czego realistycznie
i ściśle nastawiony do świata poeta (co może zabrzmieć paradoksalnie), wspomina
w jednej z puent, w stosunku do pewnej blondynki, o „logice rozmytej”, jako
jednostce naukowej. Dytko odsłania także rąbek romantyzmu, gdy pisze w wierszu
„Bez znaczenia czyli jak w: Kiedy Harry poznał Sally”, że „miłość nie musi być
spełniona cieleśnie wystarczy samo się ofiarowanie sama obecność (…) miłość jak
najbardziej bez zobowiązań w pełni anonimowa”. Choć to wynurzenie jednocześnie
zbalansował twierdząc, że „może zresztą to tylko owiał mnie łagodny wiatr to
bez znaczenia”. Stworzył tym samym wyłom w swoim krytycznym i naukowym stosunku
do rzeczywistości, wyjawił pragnienie każdego człowieka, jakim jest potrzeba
miłości.
Zenon
Dytko jest twórcą, który sprawia wrażenie, jakby nieustannie dziwił się
rzeczywistości, która zmienia się nie po jego myśli. Z jednej strony rozumowo
punktuje nieprawości, ale z drugiej, lubi dać upust marzeniom i nadziei.
Wspomina często o znaczeniu muzyki w jego życiu, ale jego wiersze nie są
rytmiczne ani melodyjne. Czasem wydaje się człowiekiem sprzeczności, do czego
sam się przyznaje wspominając o syndromie borderline
– nagłego przechodzenia od entuzjazmu do zdołowania. I takie bywają te wiersze,
których niewielka zawartość cukru mogłaby przekonać do degustacji Gombrowicza.
To rzeczywistość odmienna od znanych poetyckich światków a jednocześnie
stosunkowo bliska doświadczonemu życiem człowiekowi, nie zakrzywiona zanadto w
krzywym zwierciadle metafor i porównań. Cytaty z tej twórczości nie są w stanie
oddać specyfiki tego ukształtowanego głosu. Jednakże pewne słowa dość dobrze
oddają wrażenia po lekturze „Zmian klimatycznych”, w których wyczułem chęć
powrotu do Edenu, wyprawy w stronę ciepłego i bezwietrznego południa, gdzie
zawsze znajdzie się bezpieczny kawałek cienia.
piękne jest życie gdy nic nie boli/wielka
ulga gdy się kończy/jakbyśmy wychodzili po seansie z kina/ żal że pora się
żegnać i tylko/te kadry z życia/w głowie
„Słucham muzyki z filmu Fortepian”
Patryk Chrzan
Subskrybuj:
Posty (Atom)











